AktualnościWażne

– Wiele rzeczy dzieje się bez naszego udziału, przez przypadek, z woli Bożej Opatrzności- Renata Tarnowska, pedagog specjalny.

0

Co jest dla niej trudne, a co piękne w zawodzie, który wybrała. Renata Tarnowska, pedagog specjalny z wieloletnim stażem pracy w Zespole Szkół Specjalnych nr 38. Opowie nam dzisiaj o swojej pasji, jaką jest praca z osobami niepełnosprawnymi.  

- Wiele rzeczy dzieje się bez naszego udziału, przez przypadek, z woli Bożej Opatrzności- Renata Tarnowska, pedagog specjalny.

– Wiele rzeczy dzieje się bez naszego udziału, przez przypadek, z woli Bożej Opatrzności- Renata Tarnowska, pedagog specjalny.

Wiem, że kończyłaś szkołę poligraficzną, skąd  więc się wzięła pedagogika specjalna?

Z przypadku. Wiele rzeczy dzieje się bez naszego udziału, przez przypadek, z woli Bożej Opatrzności. Kiedy kończyłam szkołę poligraficzną, kierownik ze szkoły zawodowej specjalnej przeszedł do nas i powiedział, że szuka nauczyciela, który by chciał uczyć osoby niepełnosprawne. I tylko ja chciałam.

 

 

Czyli najpierw była praca, a potem studia?

Tak.

 

Ile miałaś lat, jak zaczęłaś pracować?

19

 

I kiedy tam weszłaś od razu pomyślałam, tak, to jest to, co chcę robić?

Nie. Nie od razu. Najpierw pomyślałam, że źle trafiłam, ponieważ jedna z pań, z którą miałam lekcję zaczęła mi tłumaczyć jaka to trudna praca, jak wyglądają osoby niepełnosprawne intelektualnie, (że  siedzą nad stołami i się trzęsą) i że na pewno nie dam sobie rady. A ja weszłam i zobaczyłam osoby normalnie wyglądające praktycznie na pierwszy rzut oka nie różniące się od moich znajomych i pierwsze, o czym  pomyślałam to, że chyba pomyliłam szkoły. I dopiero potem, jak zaczęłam pracować, zobaczyłam, że to mi się podoba, że jest fajnie i stwierdziłam, że właśnie to chcę robić.

 

Czyli złapałaś bakcyla…

Tak.

 

Co cię zachwyciło w kontakcie z osobami niepełnosprawnymi intelektualnie?

Oni sami. Oni sami, ponieważ są to osoby, które nie różnią się od nas, poza tym, że są bardziej otwarte. A kiedy cię zaakceptują, to już jesteś ich.

 

Co to znaczy, że jesteś ich?

To, że jesteś ich, to tak jakbyśmy nagle stawali się częścią jednej rodziny. W szkołach masowych mówi się, że to jest zgrana klasa. W szkole specjalnej jest to trochę inne zgranie, „ich’’ nauczyciel ( ten którego zaakceptują) jest nierozerwalną częścią tej klasy i to on dyktuje warunki, z nim się rozmawia o wszystkim i pyta o wszystko. Można to nazwać autorytetem, ale to coś więcej niż tylko autorytet.

 

Co byś powiedziała Renacie, która zaczyna pracę?

Żeby się nie bała, że da sobie radę.

 

Czyli miałaś wahania na początku?

Tak.  Przyszłam uczyć młodzież, jak miałam 19 lat. Każdy, kto zaczyna pracę czegoś się boi, ja też. Ale nie chodziło o osoby niepełnosprawne intelektualnie, ale o samą pracę. Nie wiedziałam, jak się uczy. Pierwsze rady pedagogiczne, pierwsze rozmowy, dyskusje z innymi nauczycielami, podejmowanie decyzji, stawianie ocen to wszystko było nowe i tego w przyspieszonym tempie musiałam się nauczyć. Byłam najmłodszą z grona pedagogicznego i trudno było mi się znaleźć wśród tylu doświadczonych nauczycieli. To bardziej wzbudzało mój lęk niż sama praca z uczniami.  Różnica wieku między nami nie była tak duża, więc łatwo było mi się z nimi dogadać.

 

Czy zawód poligrafa przydał ci się w pracy?

Przydał mi się na początku, żeby móc zacząć pracę, zostać pedagogiem specjalnym. Żeby stwierdzić, że to chcę w życiu robić.  Żeby móc pracować w szkole specjalnej musiałam zacząć od uczenia introligatorstwa.

Teraz już nie.

 

Co jest dla Ciebie największą trudnością w pracy z osobami niepełnosprawnymi?

Największą trudnością są chyba ich problemy zdrowotne, nie niepełnosprawność ( to nie jest choroba) ale schorzenia współistniejące, np. to że osoba, którą karmimy zadławi się albo coś jej się stanie. Czy jakiś atak, to jest coś, na co nie masz wpływu, a musisz jakoś zareagować. To zawsze cię zaskakuje i jest trudne emocjonalnie, bo jesteś odpowiedzialna za czyjeś życie i nic w danej chwili nie możesz zrobić.

 

 

Co jest największą radością w tej pracy?

Największą radość daje mi sam kontakt z osobami niepełnosprawnymi. Ten, kto ich zna, ale nie jedną osobę lecz  grupę takich osób, wie, że są to ludzie bardzo otwarci, którzy dają ci dużo więcej, niż możesz się tego spodziewać. Po jakimś czasie uświadamiasz sobie, że więcej otrzymałaś niż dałaś. Widzisz też ile radości ty sama możesz wnieść w ich życie i to jest ważne. To daje dużo satysfakcji i jest bardzo motywujące, to jest coś dla czego warto pracować.

 

 

 

Mówiłaś mi kiedyś, że uczyłaś się języka miganego i migowego. Łatwo czy trudno osobie słyszącej się go nauczyć?  Czy nadążałaś za osobami głuchoniemymi?

Uczenie się języka migowego sprawiało mi przyjemność. Przez jakiś czas chodziłam do PZG (Polski Związek Głuchych) i tam ćwiczyłam miganie. Ale głuchych ciężko jest zrozumieć, ponieważ oni bardzo szybko migają, a jeśli nie ruszają ustami, to jest to jeszcze trudniejsze. Czasami naginają się do nas i zwalniają, ale muszą sami chcieć.

 

Czym się różni język migowy od miganego?

Język migowy, to jest język obcy, jak na przykład angielski. Taki, którym się posługują osoby niesłyszące (Dla osób niesłyszących), ma inną składnię, różnorodne regionalizmy itp. A język migany jest to tłumaczenie języka polskiego na migi.

 

Czy ta umiejętność przydaje Ci się w pracy?

W pracy rzadko zdarza się mi się go używać. Stosuję go u osób, które mają problem z mówieniem, a są w stanie nauczyć się chociaż trochę migać. W mojej szkole jest mało takich osób.

 

Jakie marzenia mają Twoi podopieczni, czy bardzo różnią się od marzeń osób pełnosprawnych intelektualnie?

Ich marzenia są najzwyklejsze w świecie, chcą mieć rodzinę, dom, męża lub żonę, pracę.

 

Czy te marzenia są do zrealizowania?

Nie dla wszystkich. Dla niektórych tak, ale to dla osób z lekką niepełnosprawnością intelektualną. Dla ludzi z niepełnosprawnością umiarkowaną raczej jest to bardzo trudne nie. Zdarzyło mi się raz być na ślubie byłego ucznia ze szkoły przysposabiającej do pracy.

 

Co byś poradziła osobom zdrowym, które po raz pierwszy zetknęły się z osobą niepełnosprawną intelektualnie.

 

Żeby się nie bały, spróbowały poznać tych ludzi. Tak by ich pierwszą reakcją nie była ucieczka. I dobrze, żeby był obok nich ktoś, kto  zna osoby niepełnosprawne. Dzięki temu zmniejszy się ich poziom lęku. A jak spróbują, to na pewno potem same już dadzą radę. Może nawet polubią te kontakty i zechcą pracować z osobami niepełnosprawnymi lub chociaż na ich rzecz, np. w formie wolontariatu.

 

Często osoby, które nie miały kontaktu z osobą niepełnosprawną, jak już go mają, to zamiast zwracać się do niej, zwracają się do opiekuna, mówiąc o niej w trzeciej osobie. Jak to wytłumaczyć?

To może wynikać z różnych przyczyn. Po pierwsze z lęku bo przecież wszyscy czujemy lęk, stres w nowych sytuacjach. Po drugie, często osoby  niepełnosprawne intelektualnie traktuje się, jak dzieci. I tak jak u dziecka, najpierw pyta się rodzica, czy można o coś zapytać, coś dać. A często po prostu nie wiedzą jak się odezwać, czy osoba niepełnosprawna ich zrozumie, czy jej nie zdenerwują. Zwłaszcza, że niektórzy mają problem z wymową, więc uznają, że skoro ja nie bardzo rozumiem, co on mówi, to może i on nie rozumie, co ja mówię.

 

Taka dygresja:

Miałam kiedyś taki przypadek. Moja młodsza siostra często wyjeżdżała z nami na obozy i miała przyjaciół wśród niepełnosprawnych, czasami po takim obozie  kontaktowali się telefonicznie. I pewnego dnia zadzwonił do naszego domu chłopiec, który bardzo źle mówił. Trzeba go było dobrze znać, żeby zrozumieć,  co mówi. No i odebrał mój tata, nic nie zrozumiał, ale stwierdził „ Kamilka, to na pewno do ciebie” i zawołał moją młodszą siostrę.

 

 

Moja młodzież, jak wiesz nie ma z tym problemu i chętnie do was przyjeżdżamy, potem bardzo to przeżywają i pytają, kiedy znowu będziemy mogli was odwiedzić. A jak Twoi podopieczni przeżywają nasze wizyty?

Bardzo się cieszą z waszych wizyt. Dla nich nie jesteście tylko gośćmi, ale ich przyjaciółmi, stajecie się częścią ich szkolnego życia. I są bardzo zdziwieni, kiedy byliście na jednej imprezie, a na kolejnej was nie ma. Oni traktują to jako oczywistość, że razem się bawimy . Przedstawili się wam, poznali, tańczyli z wami i dobrze się bawili to po co, to zmieniać. Jest w tym jakaś logika. Nie myślą o tym, że twoja młodzież ma swoje lekcje, swoje obowiązki i nie mogą być dla nich na wszystkich dyskotekach.

 

Czy zachęcałabyś młodych ludzi do studiowania pedagogiki specjalnej i do pracy w tym zawodzie?

Jeżeli to czują, to tak. Jeżeli lubią osoby niepełnosprawne, to tak. Jeśli nie, to nie, bo nic z tego nie będzie i będą się męczyć w tej pracy i innych również będą męczyć.

Sama wiesz, że praca nauczyciela jest specyficzna i nie każdy może ją wykonywać, wbrew temu co się powszechnie ludziom wydaje.  Trzeba lubić uczniów i trzeba lubić uczniów niepełnosprawnych. Jest to specyficzna grupa i to co im dasz są w stanie dziesięciokrotnie ci oddać. Ale nie można się zmuszać, bo to się czuje. Osoby niepełnosprawne czują o wiele więcej niż myślimy i od okryją fałsz, a potem są problemy dla wszystkich.

 

Czy utrzymujesz kontakt ze swoimi absolwentami? Śledzisz ich życie? Czy po skończeniu szkoły kontakt po prostu się urywa?

Z  niektórymi tak, ale w większości nie, ponieważ są to osoby niepełnosprawne, więc muszą mieć jasno powiedziane – Szkoła się kończy, zaczyna się coś innego, nowy etap życia. I kończy się kontakt ze mną. Zwłaszcza u osób z autyzmem, jeśli bym w dalszym ciągu utrzymywała z nimi kontakt, mogłabym im zaburzać ich widzenie świata. Szkoła się skończyła, zaczynamy coś innego z nowymi osobami, w nowym miejscu. Mam kilkoro uczniów, z którymi mam stały kontakt. Na ulicy, jak widzę moich byłych uczniów oczywiście z nimi rozmawiam, tak samo są moimi znajomymi, jak inni, ale tak na stałe, to nie, tak jest chyba lepiej.

 

 

 Możesz nam opowiedzieć, jakąś fajną historię z wyjazdów albo ze szkoły?

O Agniesi. Miałam kiedyś uczennicę Agniesie, była potężnych rozmiarów, gdyż bardzo lubiła jeść. Wtedy nie było wielu uczniów z autyzmem, a ona właśnie była autystą. Miałam lekcję i w pewnym momencie słyszę krzyki.

– Agniesia!

Ktoś biega, słychać trzaskanie drzwiami.

Wyszłam z klasy, patrzę, a Agnieszka mija mnie, podchodzi do klasy, trzaska drzwiami, podchodzi do drugich drzwi, znowu trzaska drzwiami. Wracając przechodzi koło mnie, oczywiście, jakby mnie nie widziała, ja ją złapałam za rękę i pytam się:

– Agniesia, co ty robisz?

Ona patrząc na mnie, jak na kosmitę odpowiada:

– Trzaskam drzwiami – z resztą zgodnie z prawdą, bo właśnie to robiła.

Ja mówię:

– A mogłabyś przestać?

– Tak – i przestała. A przez piętnaście minut pół klasy biegało za nią, krzycząc:

– Agniesia, Agniesia.

A wystarczyło ją tylko poprosić, jakie to proste.

 

 

Co prawda są wakacje, ale powiedz, jak Ci się prowadziło zdalne lekcje. Trudno było zaciągnąć uczniów przed komputer?

Najtrudniej to było mi się, nauczyć kolejnego programu, a resztę moich lekcji; a uczę religii- oparłam na wierze. Ja zadaję lekcję i wierzę, że uczniowie je robią (śmiech).

Ale tak poważniej. Nasi uczniowie nie wszyscy mieszkają w domach, nie wszyscy mają dobre warunki życia. Nie wszyscy  mają dobry sprzęt albo go nie mają, ponieważ są z domu dziecka.  Dlatego część rzeczy zadawałam im do zrobienia w zeszycie, więc wierzę w to, że część osób to robiła. Część osób przesyłała mi zrobione lekcje, ale część tego nie robiła, bo na przykład nie mieli sprzętu lub tego nie umieli zrobić.

Z moją osobistą klasą miałam kontakt telefoniczny i on-line na godzinach wychowawczych, tak żeby porozmawiać ze sobą i siebie widzieć, oczywiście, ci co mogli. Ale myślę, że daliśmy radę.

 

Tęskniłaś za nimi?

Tak (powiedziała z uczuciem). Oni też tęsknili. Jak kogoś spotykałam, to ledwo się powstrzymywali, żeby się nie rzucić na szyję. Widać, że oni bardzo tęsknili za szkołą.

 

Uczysz na ostatnim poziomie edukacji specjalnej i wiadomo, że potem twoi uczniowie albo siedzą w domu albo korzystają z terapii zajęciowej. Myślę, że to jedna z największych bolączek rodziców, co byś im poradziła?

Przede wszystkim rodzice muszą dużo wcześniej sprawdzić orzeczenia o stopniu niepełnosprawności. Tam nie może być w punkcie – warsztaty terapii zajęciowej  – nie dotyczy (jeżeli oczywiście ich dzieci nie poradzą sobie na otwartym rynku pracy, a najczęściej tak jest u uczniów w szkołach przysposabiających do pracy). To musi dotyczyć, ponieważ żadne warsztaty z takim wpisem ich nie przyjmą. Ważne, żeby rodzice sprawdzali dokumenty, które otrzymują ich dzieci z myślą o ich przyszłości. Ważne jest, żeby dzieci nie zostawały w domu, ponieważ zaczną zapominać, wpadną w rutynę dnia codziennego. Stracą wszystko, co uzyskały, czego się nauczyły. Nie mówię, że stu procentach, ale sporo stracą. Muszą gdzieś wyjść do ludzi. I ważne jest to, żeby im to zapewnić.

A szukanie warsztatów terapii zajęciowej najlepiej zacząć przynajmniej rok przed ukończeniem szkoły. Warsztaty są oblegane i trzeba czekać w kolejce i to trwa około roku.

 

 

Dziękuję za rozmowę.

 

 

 

 

 

 

 

Czy zastanawiali się Państwo, kiedy ludzie zaczęli opiekować się osobami niepełnosprawnymi?

Previous article

Ministerstwo Zdrowia poinformowało we wtorek o 502 nowych, potwierdzonych przypadkach zakażenia wirusem SARS-CoV-2

Next article

Darowizna na cele statutowe Fundacji Dzielna Matka:

PLN

Komentarze

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Słowo wstępne

Wakacje już w połowie! Wielu z nas pojechało na turnusy i do sanatoriów. Minister Zdrowia Wojciech Andrusiewicz Zaapelował do klientów, by podczas zakupów zasłaniali twarz, a do ekspedientów i właścicieli sklepów, by egzekwowali i wymagali przestrzegania tej zasady. Niestety koronawirus powraca. Rośnie liczba zakażeń. Zapraszamy Was do wysyłania zdjęć z wakacji i dzielenia się historiami. Nasi dziennikarze przygotowali dla Was przeróżne artykuły wakacyjne i podpowiadają jak spędzać czas w czasach zarazy.

Życzymy dobrej lektury redakcja Dzielnej Matki

 

 

Zbieramy na terapię koniem

Popularne wpisy

Login/Sign up